Maciej Obrzazgiewicz SJ, Fe y Alegría, czyli Wiara i Radość

Cześć, mam na imię Maciek i w ramach mojej jezuickiej formacji przez dwa lata przebywałem w Ekwadorze – małym latynoamerykańskim kraju położonym na równiku. Odbyłem tam praktyki duszpasterskie, które w naszej zakonnej nomenklaturze zwą się po prostu magisterką.Przez większość czasu mieszkałem w tropikalnym Portoviejo - stolicy prowincji Manabí, znajdującym się w odległości około 40 kilometrów od Oceanu Spokojengo. Pracowałem tam w bardzo popularnej na terenie całej Ameryki Południowej sieci szkół zwanej Fe y Alegría, czyli Wiara i Radość, powstałej w 1955 roku w Wenezueli. Jej założycielem był hiszpański jezuita José María Velaz, który jako duszpasterz na Katolickim Uniwersytecie w Caracas pragnął rozbudzić wśród swoich studentów wrażliwość na ludzi, którzy żyli w skrajnym ubóstwie w marginalnych dzielnicach miasta.

Bardzo bolała go jakakolwiek niesprawiedliwość społeczna, na którą nie potrafił i nie chciał się zgodzić. Tak więc poprzez cotygodniowe  katechezy w slumsach zgromadził wokół siebie kilkanaście osób, które zaczęły dzielić z nim pasję i pragnienie niesienia pomocy najbardziej potrzebującym. Ten niepozorny z początku wysiłek okazał się z czasem kamieniem węgielnym, który dał początek ogromnemu ruchowi na rzecz edukacji popularnej i promocji społecznej, obecnej dziś już na trzech kontynentach.

W Manabí miałem więc okazję poznać to wielkie dzieło niejako od środka. Pracowałem w biurze regionalnym i moim zadaniem, z racji bycia jezuitą, było koordynowanie różnego rodzaju akcji duszpasterskich w kilku pobliskich centrach edukacyjnych. Jedną z nich było na przykład realizowanie programu formacyjnego dla nauczycieli, który nazywał się Cardoner (od nazwy rzeki nad którą św. Ignacy Loyola doświadczył duchowej przemiany). Chodziło w nim o wprowadzanie w duchowość i specyfikę Fe y Alegría, która jest zresztą bardzo mocno przesiąknięta duchowością i pedagogią ignacjańską. Polegało to na organizowaniu warsztatów, skupień czy rekolekcji, które – ujmując rzecz w skrócie – miały pomóc spotkać się bardziej z samym sobą, a przez to i z Bogiem.  Następnie zaś dzięki temu doświadczeniu, będąc jak gdyby zarażonym Bożym pragnieniem i entuzjazmem niesienia pomocy najbardziej potrzebującym, zaangażować się w konkretną pracę w którejś ze szkół. Muszę przyznać, że było to dla mnie niesamowitym doświadczeniem, widzieć jak w niektórych ludziach – niejedokrotnie bardzo poharatanych przez życie – budziła się na nowo wielka nadzieja i chęć zrobienia czegoś dobrego dla innych.

Do moich obowiązków należało również animowanie duszpasterstwa młodzieżowego. W praktyce sprowadzało się ono do planowania i koordynowania – wraz z ekpią nauczycieli – kilkudniowych obozów formacyjnych (trochę na styl harcerski), które mogły przybierać najróżniejsze formy. Jedną z nich był na przykład tygodniowy obóz misyjny w wysokogórskiej indiańskiej wiosce Guamote, położonej na wysokości 3000 metrów! Zadaniem uczniów była pomoc miejscowym rolnikom w ich codziennej pracy, organizowanie różnego rodzaju warsztatów i zabaw dla okolicznych dzieci oraz przygotowanie liturgii paschalnej. Te i inne propozycje zawsze miały na celu oderwanie uczniów od ich trudnej i niejednokrotnie patologicznej codzienności. Większość z nich bowiem mieszkała w dzielnicach, gdzie często brakowało godnych warunków do życia, gdzie na porządku dziennym zdarzały się strzelaniny, a na ulicach panoszyli się dilerzy narkotykowi. Obozy więc były swego rodzaju odskocznią, ale i czasem w którym Ci młodzi ludzie uczyli się solidarności, szacunku i wiary, że można żyć inaczej i że zastana przez nich rzeczywistość niekoniecznie musi taką pozostać.

Symbolem streszczającym czym jest Fe y Alegría jest serce, w które wpisane są właśnie te dwa słowa: wiara i radość. Kombinacja taka nie jest przypadkowa, co bardzo często podkreślał ojciec Velaz. Istnieje bowiem ścisły związek między tymi rzeczywistościami. Z jednej strony wiara, która rodzi się ze spotkania z żywym Jezusem i drugim człowiekiem, z drugiej zaś radość, która jest spontanicznym wyrazem i reakcją na fakt, że istnieje Ktoś, kto pragnie szczęścia i dobra każdego człowieka oraz że nieustannie zaprasza do włączenia się w misję urzeczywistniania Królestwa Bożego już tutaj na ziemi, poprzez wyjście do najuboższych. Z perspektywy czasu widzę jak wielkim byłem szczęściarzem, mogąc choć na chwilę zaangażować się w to wielkie dzieło, które stara się nieść nadzieję w miejsca, w których nikt nie spodziewałby się jej odnaleźć.

Maciej Obrzazgiewicz SJ

 

 

Wiadomości